Fakty dotyczące kredytów frankowych – polemika z Prezesem mBanku

W ostatnich dniach w portalu Forbes.pl pojawił się artykuł pt. „Prezes mBanku polemizuje z prawnikiem frankowiczów: franki niestety istnieją”, w którym Prezes mBanku przekonuje, że fraki istniały w umowach kredytowych, że banki nie ustalały dowolnie salda kredytu, że banki należycie informowały klientów o ryzyku kursowym oraz, że kredyty frankowe nie są opłacalne dla banków.

Artykuł ten jest pełen nieścisłości i przeciętnego odbiorcę może wprowadzać w błąd. Dlatego medialny przekaz prezesa mBanku wymaga zobiektywizowania w kontekście faktów.

Po pierwsze, franki w obrocie z kredytobiorcami nie istniały.

Pan Stypułkowski twierdzi, że udzielanie kredytów frankowych wiązało się z tym, że banki musiały pozyskiwać finansowanie w tej walucie. Wskazuje, że owo pozyskiwanie franka było na „pokrycie” kredytów frankowych. Czujny czytelnik dostrzeże jednak cudzysłów, którym Pan Stypułkowski sprytnie opatrzył słowo „pokrycie”. Dlaczego? Ponieważ pozyskanie franka nie było w celu pokrycia czy sfinansowania akcji kredytowej ale w celu równoważenia własnej pozycji walutowej w banku i własnego ryzyka walutowego banku w związku z oferowaniem tego typu kredytów. Banki zaraz po uruchomieniu kredytów „frankowych” pozyskane franki sprzedawały na rynku międzybankowym domykając swoją pozycję walutową, czyli franki na moment wchodziły na książkę walutową banków, zapewniając ową równowagę w pasywach i aktywach walutowych banku, ale natychmiast po uruchomieniu kredytów waloryzowanych były sprzedawane na rynku międzybankowym.

Banki franków pozyskanych z reguły na rachunki nostro banków w Szwajcarii nie przekazywały klientom gdyż franki te miały służyć do ich dalszej odsprzedaży na rynku międzybankowym z tegoż rachunku nostro w ramach domykania pozycji walutowej banków. Jednak banki przyjmują fikcję, że skoro pozyskały franki w związku z oferowaniem kredytów „we franku” (w rzeczywistości w celu równoważenia własnej pozycji walutowej) to klientom te franki zostały „przekazane/sprzedane” i obecnie to oni powinni zwrócić franki.

Fakty są jednak takie, że franków nie było w umowach kredytowych. Ich nie było nawet w obrocie z kredytobiorcami, dokonywanym w wykonaniu tych umów, a jeśli banki pozyskiwały jakiekolwiek franki to czyniły to na własny rachunek i w celu zabezpieczenia własnych interesów, i obecnie to banki powinny nabywać franki po aktualnych cenach i oddawać je swoim kontrahentom, od których uprzednio pozyskały franki. Mało tego, skoro nie było obrotu dewizowego z frankowiczami to nie ma podstaw do pobierania jakiegokolwiek spreadu.

Pan Stypułkowski natomiast z faktu, że banki pozyskały franki na zabezpieczenie własnej pozycji walutowej błędnie wywodzi, że w umowach z klientami franki występowały. Art. 69 prawa bankowego definiujący umowę kredytu nie uzależnia kwoty i waluty kredytu od tego w jaki sposób bank pozyskał finansowanie pod kredyt ale od tego w jakiej kwocie i w jakiej walucie kredytobiorca otrzymał finansowanie. Czy jeśli bank w celu udzielenia kredytu w PLN, pozyskałby gruszki a następnie sprzedałby te gruszki i otrzymane w zamian złotówki przekazałby kredytobiorcy w ramach kredytu, zaś wartość gruszek wzrosłaby międzyczasie i bank musiałby oddać gruszki, to też miałby żądać obecnie aby kredytobiorca oddał mu gruszki?

Po drugie, bank ustalał samodzielnie saldo kredytu w CHF.

Pan Stypułkowski wywodzi, że abuzywność zapisów umownych dotyczy wyłącznie tabeli i sposobu ustalania kursów przez banki. Otóż, frankowicze i sądy wskazują obecnie już nie tylko na abuzywność tabel kursowych w sensie dowolności ustalania kursu przez bank ale na abuzywność całego mechanizmu indeksacji, zaś ostatnie wyroki TSUE z 22 lutego 2018 (C-126/17) i 20 września 2018 (C-51/17) potwierdzają, że abuzywny jest sam mechanizm indeksacji gdy strony nie ustaliły w umowie sposobu ustalania kursu oraz gdy bank nie poinformował klienta o ryzyku kursowym w sposób uświadamiający mu, że dany produkt może być dla niego ekonomicznie ciężki do udźwignięcia.

Pan Stypułkowski nie dostrzega przy tym, że art. 69 ust. 2 pkt 2 prawa bankowego wskazuje wprost, że umowa kredytu powinna wskazywać kwotę kredytu, a tę  w walucie CHF ustalił bank po uruchomieniu kredytu i w oparciu o nietransparentne zasady ustalania kursów.

Po trzecie, bank zabezpieczył własne ryzyko, a swoich klientów – frankowiczów wystawił na nieograniczone ryzyko walutowe.

Pan Stypułkowski twierdzi, że nie można było zabezpieczyć klientów przed ryzykiem oraz, że byli oni o nim informowani. Prostym mechanizmem zabezpieczającym byłby zapis w umowie, że w razie wzrostu kursu o 20% następuje automatyczne przewalutowanie kredytu. Bank jednak tego nie zastosował, ponieważ nikt takiego ryzyka nie traktował wówczas realnie.

Co do zaś informowania klientów o ryzyku, to Pan Stypułkowski pomija jakość tej informacji. Przykładowo, mBank informował w pisemnym oświadczeniu o ryzyku, że w razie wzrostu kursu mogą wzrosnąć koszty obsługi kredytu, co zdecydowana większość klientów przekładała na możliwy wzrost raty kredytu, ale nie salda kredytu. Taki sposób informowania o ryzyku walutowym nie mógł uświadomić klientowi, że nabywa produkt z którym saldo kredytu jest zależne od franka i z którym wiąże się ryzyko, którego klient może nie udźwignąć. Gdyby banki informowały klientów, że same się zabezpieczają, a klient jest otwarty na ryzyko i wyjaśniały, że klient w rzeczywistości ma przez cały czas trwania kredytu otwartą pozycję walutową, podczas gdy bank nigdy na siebie takiego ryzyka nie bierze, to percepcja tych kredytów byłaby inna. Co ważne, banki nie przedstawiały symulacji wpływu kursu CHF na saldo kredytu, nawet o te 20%, a taka symulacja z pewnością uświadomiłaby klientom negatywne skutki ekonomiczne tego typu kredytów, ale wówczas mało kto by się na nie zdecydował i banki nie mogłyby generować zysków z tych produktów.

Po trzecie, wiele banków wyrosło na kredytach indeksowanych

Pan Stypułkowski przedstawia kredyty „frankowe” jako produkty niemal niedochodowe. Zauważyć jednak należy, że to właśnie na tych kredytach wyrosły niewielkie banki. W samym mBanku na koniec grudnia 2008 roku kredyty „walutowe” stanowiły 89% wszystkich kredytów, a udział w rynku kredytów wzrósł z 2,1% na koniec 2004 roku do 6,8% na koniec 2008 roku. Getin Noble Bank oferował te kredyty m.in. za pośrednictwem wykupionego Górnośląskiego Banku Gospodarczego, który stał się wehikułem Getin Holding do sprzedaży głównie tych kredytów. Wcześniej Górnośląski Bank Gospodarczy oferował jedynie kredyty samochodowe. Z kolei  bankowi Millennium S.A. kredyty indeksowane przyniosły wzrost udziału w rynku kredytów w ogóle z 7,1% na koniec 2005 roku do 11,5% na koniec 2008 roku. Nie zapominajmy, że ze sprzedażą tych kredytów wiązały się produkty okołokredytowe: karty kredytowe, ubezpieczenia, konta osobiste. Bank na tych kredytach już dawno zarobiły. W tym na spreadzie, który był i jest pobierany bez obrotu dewizowego z frankowiczami.

Barbara Garlacz – radca prawny prowadzący od kilku lat kilkaset sporów frankowych przeciwko bankom


powrót

Strona wykorzystuje pliki cookies. Polityka prywatności

The cookie settings on this website are set to "allow cookies" to give you the best browsing experience possible. If you continue to use this website without changing your cookie settings or you click "Accept" below then you are consenting to this.

Close